okl 2020 10


okl 2020 09

 

Michał Paszota, właściciel gorzelni Podole Wielkie, odpowiadał na pytania Marcina Burzyńskiego

— Kiedy powstała gorzelnia w Podolu Wielkim? Jak długo jest w posiadaniu Pana rodziny?
Gorzelnia w Podolu Wielkim funkcjonuje od połowy XIX w., a w rękach naszej rodziny znajduje się od czasów transformacji ustrojowej, dokładnie od 1993 r, kiedy to moi rodzice w wieku 28 lat wpadli na szalony pomysł wydzierżawienia gospodarstwa i gorzelni. Nikt nie dawał nam szans na przetrwanie, a jednak udało się. Powiedzenie, że nasza rodzina ma długie tradycje gorzelnicze byłoby nadużyciem, jednak w Podolu Wielkim rodzina to także pracownicy, a Pan Andrzej – obecny kierownik naszej gorzelni... jest synem kierownika innego zakładu wytwarzającego spirytus. Dla mnie, urodziłem się w 1988 r., to miejsce było od zawsze stałym elementem życia. Przed rozpoczęciem produkcji na początku lat 90. XX w. rodzice nie mieli nic wspólnego z branżą spirytusową. Po ukończeniu olsztyńskiej Akademii Rolniczej szukali swojego sposobu na życie w trudnych realiach. Gorzelnia była niejako przy okazji, bo wchodziła w skład gospodarstwa. Dziś nie wyobrażamy sobie, że mogłoby jej zabraknąć.

— Ile produkujecie spirytusu w skali roku?
Tu na wstępie odpowiedzi należy zaznaczyć, że gorzelnie mamy dwie. Ta pierwsza, rolnicza, produkuje do 2 mln l alkoholu rocznie w postaci ziemniaczanego destylatu rolniczego. Ta druga, rzemieślnicza, wystartowała niecały rok temu.

— Pandemia koronawirusa sprawiła, że pracy gorzelnikom raczej nie brakuje. Znowu pojawiła się dyskusja, iż gorzelni mamy w Polsce zbyt mało…
Sama pandemia była zjawiskiem niezwykle trudnym do przewidzenia, zachwianiem równowagi, która spowodowało określone braki. Ale od kilku miesięcy nikt już nie narzeka na brak środków do dezynfekcji, prawda? To nie tak, że w tym czasie powstały nowe gorzelnie, tylko doszło do skutecznego przeprofilowania produkcji, powrotu do stanu równowagi w nowych realiach. Ceny destylatów rolniczych również wróciły do poziomu sprzed wybuchu pandemii. Ten ostatni fakt chyba dobitnie świadczy o tym, że podaż zaspokaja popyt. W mojej ocenie dużo ciekawszą dyskusją byłaby rozmowa na temat próby ocalenia tradycji polskiego gorzelnictwa. Obecny system produkcji w gorzelniach rolniczych powoli umiera...

— Wytwarzanie spirytusu i własnych trunków to zupełnie inna historia. Kiedy podjęliście decyzję o produkcji wódek i destylatów pod marką Podole Wielkie?
Zapadła ona ostatecznie w 2014 r. Droga do debiutu w grudniu 2019 r. była więc dość długa, ale umożliwiła nam rzetelne przygotowanie receptur destylatów. Pomysł na produkcję własnych alkoholi pojawił się pierwszy raz już w 2011 r. Wtedy nie odważyliśmy się go realizować. Przejście od destylowania półproduktu do tworzenia gotowych produktów jest rzuceniem się na głęboką wodę, więc nie była to łatwa decyzja. Chcieliśmy czerpać pełną radość z naszej pracy. Tworzyć rzeczy z surowców najwyżej jakości, których gorzelnie już dawno nie widziały. Nie ma chyba większej satysfakcji niż oglądanie owoców swojej pracy w postaci gotowych produktów tworzonych bez żadnych kompromisów. Do dzisiaj zabutelkowaliśmy 12 tys. butelek, zaraz ruszają kolejne rozlewy. To niedużo, ale plan na pierwszy rok został wykonany mimo niesprzyjających realiów pandemii.

— Ile macie obecnie produktów w portfolio?
Jest ich w naszej ofercie dokładnie 6. Są to wódki żytnia oraz ziemniaczana, a także 4 okowity: z żyta, z pszenicy, z jęczmienia i z ziemniaków.

— Czy któryś z tych produktów cieszy się większym zainteresowaniem kupujących?
W środowisku barmańskim chyba największe poruszenie wywołuje Podole Wielkie Ziemniak 2015. Jednak destylaty zbożowe również cieszą się dużym uznaniem. Po wielu degustacjach mogę śmiało powiedzieć, że każdy z naszych alkoholowych produktów ma swoich amatorów.

— Czy planujecie jakieś nowości w najbliższym czasie?
Mamy rzeczywiście takie plany. Do końca listopada pojawią się na rynku nowości – okowity z rocznika 2019.

— Niedawno zamknęliście też część destylatów w dębowych beczkach. Jaki minimalny czas leżakowania przewidujecie?
Ostatnio często słyszę to pytanie. Zakładam, że wynika ono jednak z dużego zainteresowania finalnym produktem. Destylaty będą leżały w beczkach tak długo, aż staną się w naszej ocenie co najmniej dobre. Planujemy natomiast niewielkie serie limitowane po ok. 50 butelek, aby osoby zainteresowane tym projektem mogły razem z nami obserwować proces dojrzewania destylatów w dębie.

— Wielokrotnie podkreślacie, że marka trunków Podole Wielkie powstaje u Was „od pola do butelki”. Czy tak jest faktycznie?
I tak, i nie. Jest to w 100% prawda w przypadku okowit, których produkcją zamierzaliśmy się zająć. Wódki stworzyliśmy trochę przy okazji, jako wprowadzenie do świata okowit, krok edukacyjny. Zestawiamy je tak, aby posiadały subtelne nuty surowcowe, ale bazujemy na rektyfikacie z zakupu. Zaskoczyło nas natomiast bardzo duże zainteresowanie tymi produktami. W związku z tym powiększamy naszą miedzianą kolumnę tak, aby również rektyfikat robić w 100% ze swoich surowców. Elementy dotarły do nas już miesiąc temu. Właśnie skończyliśmy bardzo wymagający czas zbioru ziemniaków i przystępujemy do montażu.

— A etykiety, zakrętki i butelki? Własnej huty szkła jeszcze chyba nie macie?
Dowcipy o hucie szkła chodzą u nas od roku, także trafił Pan w punkt. Oczywiście nie mamy i nie zamierzamy mieć huty, drzew korkowych ani drukarni.

— Jakie znaczenie ma zatem dla Was wygląd trunku? Czym kierowaliście się wybierając konkretne butelki i etykiety?
Rodzinnie kochamy minimalizm. Staraliśmy się wybrać jednocześnie proste i szlachetne wzory butelek oraz etykiet. Stawiamy na prostą elegancję. Wódki zostały przez nas potraktowane nieco po macoszemu, ale w związku z ciepłym przyjęciem przygotowujemy nowy, bardziej dopracowany design.

— Wasze wyroby alkoholowe są na rynku od niedawna, ale macie już na koncie cenne nagrody, wymieńmy tu medale Berlin Spirits Competition czy San Francisco World Spirits Competition. Jaka jest recepta, aby zdobywać laury na tego typu imprezach?
Chyba należy zacząć od tego, że zgłaszaliśmy nasze produkty na konkursy, aby zweryfikować własne umiejętności. Mamy głęboko zakorzenioną potrzebę niezależnej, obiektywnej weryfikacji wykonanej pracy. Nie czuję się upoważniony do przedstawiania recept, ale wydaje mi się że praca, wiedza i ciągła nauka pomaga. Nie należy zapominać, że o ile nagrody i docenienie produktu przez ekspertów cieszy, to najbardziej wartościową nagrodą dla producenta jest moment, w którym klient ponownie kupuje butelkę produktu.

— Wytwarzacie też olej rzepakowy i miód. Skąd pomysł na odejście od tradycyjnych gorzelniczych wyrobów? Czy w tej sytuacji planujecie rozszerzyć produkcję o np. miody pitne?
Nie traktowałbym produkcji oleju jako odchodzenia od czegokolwiek. To po prostu nieco osobny projekt, choć podczas degustacji alkoholi razem ze świeżym pieczywem stanowi uwielbianą zakąskę. Natomiast miód nie jest produktem tylko naszych rąk. To efekt współpracy z lokalną pasieką, która co roku stawia ule na naszych polach. Nie można robić wszystkiego. Chodzi nam po głowie okowita z miodu, ale nie miody pitne. Skupiamy się na produkcji destylatów, w przyszłości również tych leżakowanych.

— Oferujecie także opcję zwiedzania gorzelni. Czy chętnych jest dużo? W jaki sposób pandemia koronawirusa wpłynęła na ofertę zwiedzania?
Zainteresowanie zwiedzaniem gorzelni pozytywnie nas zaskoczyło. Tym bardziej, że w obliczu pandemii praktycznie zrezygnowaliśmy z  szerszego informowania o takiej możliwości. Zazwyczaj gościmy grupy ok. 10-12 osób. Jeszcze w styczniu planowaliśmy codzienne wycieczki grup 20-osobowych, jednak rzeczywistość zweryfikowała nasze plany. Obecny sezon zwiedzania określiłbym jako pilotażowy.

— Dziękuję za rozmowę.

Rynki Alkoholowe 10/2020

temat 10